RSS
czwartek, 26 listopada 2009
Nie słuchać Reznora!!!
Tak mi się nasunęło na myśl, kiedy za pierwszą nutą zwrotki "The Only Time" podążyła pierwsza fala chandry, tak ładnie od rana zlanej, skopanej i wciśniętej za szafę.

I jeszcze Tomaszowi, nocującemu z racji zorganizowanego seansu filmu o łyskających wampirach, rano się włączył Pan Poważny i wywalił mi rozmowę od serca. Tak, miło, ale fak, nie tego mi ostatnio trzeba. Ale najważniejsze, że wywalił. Naczy się, coś.

A propos łyskających wampirów...

<>

No sorry, ale ja się poplułam ze śmiechu...
środa, 21 października 2009
Chcę mieć dużo pieniędzy.
Nie to, że chcę je zarobić. Chcę je dostać. Naprawdę dużo. Masakrycznie dużo.

Tak, żebym już więcej nie musiała wychodzić z domu. No dobra, będę co jakiś czas wychodziła po jedzenie, jakieś odzienie i fajki. I z Kotami do weterynarza.

Dużo odzienia kupować nie będę, bo będę chodziła po domu goła, albo zawinięta w koc. W wersji letniej - w prześcieradło. I założę jakieś coś, jak przyjadą z książkami, płytami albo kwiatami. Bo będę je zamawiać do domu. Pizzę też. Ale bardzo okazjonalnie.

Poczekam tylko do wiosny z tym niewychodzeniem, żeby kupić na balkon duże donice i kwiaty. Żeby mieć też jakiś teren zielony. Na balkonie, a balkon to też część mieszkania, więc się nie będzie liczyło, ze wychodzę.

Będę czytała książki w ilościach hurtowych, słuchała muzyki, brała kąpiele, sprzątała i gotowała. I zapraszała znajomych na dyskusje przy posiłkach i napojach. I muzyce.

Przez internet będę im kupowała prezenty i wysyłała gońcem razem z bukietami. Czasem bez okazji.

I będę siedzieć, tak sobie. W moim najpiękniejszym z mieszkań.
wtorek, 22 września 2009
Epopei podsumowanie.
Spuścili ze mnie tyle krwi, że do poniedziałku chodziłam po ścianach jak pijana :D
A badań mi narobili, że hej.
Hormony mam pogięte jak metr sznurka w kieszeni; Cushinga (raczej) nie, bo test wyszedł dobrze; na 100% mam hipoglikemię, więc od piątku żyję wg zegarka, jem co dwie godziny ok 300 kalorii w zalecanych produktach (i tego nienawidzę ;P).
Mam wylewy podsiatkówkowe, rzecz normalną, ale u siedemdziesięciolatki. :] Ponadto nawet na heparynie zapychają mi się wenflony (pięć dni - pięć wenflonów, w tym jeden OIOMowy, masakra...) i trudno mi pobrać krew, na zmianę nic nie leci i leci za bardzo. Czy ja mogę mieć coś normalnie?

Coś w ogóle nie możemy trafić diagnozy. To nie działa, tamto nie działa, to nie chce działać. Od trzech tygodni jestem na antybiotykach i nadal mam osłuchowo zapalenie płuc, do cholery! Znów dostałam sterydy, ale chrzanię - nie będę brała. Jutro pójdę do Pani Pulmunolog i zapytam, czy faktycznie muszę. Za to Pan Dochtór potwierdził, że faktycznie, mnie to trzeba umieć osłuchać, jakaś dziwna jestem ;P Dostałam też w komplecie prześwietlenie płuc, konsultację okulistyczną, badanie pola widzenia, dna oka... a 25.09. mam angiografię fluorosceinową naczyń oka. Nazwy robią się coraz ciekawsze! ;)

Raz mi pielęgniarka nie dokręciła wenflonu - szczęściem na sali w roli pacjentki leżała pielęgniarka w cywilu, więc się szybko zorientowała, co się ze mną dzieje, zauważyła rosnącą plamę na podłodze, trzasnęła przycisk alarmu i podniosła mi łapę do góry. Raz źle zareagowałam na test (z glukagonem) i prawie się przekręciłam. Same przygody ;)

Zdobyłam też grono fanów. :D Konkretnie?
Leżałam sobie i dogorywałam w trakcie owego feralnego testu glukagonem, kiedy usłyszałam nerwowe szepty na korytarzu...
" - Co tu w tej karcie jest napisane?
  - Doktor L. to tak pisze...
  - Serevent chyba. Astmę ma?
  - Er.. Er.. Erdomed? Na co to jest?
  - Ale zobacz, jaka lista leków! Kurna, dwie strony!
  - Jakie dawkowanie... I antybiotyk jakiś, ale też nie widzę, co to.
  - Ja też...
  - Cicho.. Jezu, jakie wyniki...
  - Ty, ile ona ma lat?
  - Hmpf.. 26?!
  - Co to jest za lek? Aaa... aaa..."

Nie wytrzymałam, wypełzłam spod koca i mówię w stronę drzwi: "Alvesco. Dziennie dwa razy dwa, "stoosiemdziesiątka". Telfast, dwa razy jeden, przeciwuczuleniowo, "stoosiemdziesiątka", a do oczu Cussi, wg potrzeb. Chwilowo odstawiony Avamys, glikokortykosteroid, dwa razy dwa. Antybiotyk to Amoksiklav, 875 mg amoksycyliny i 125 mg kwasu klawulanowego, jak to szerokie spektrum... A Erdomed to erdosteina, podana w celu wzmocnienia działania amoksycyliny i pozbycia się wydzieliny z oskrzeli. Serevent głównie na noc, chwilowo też dwa razy jeden, jak to w zaostrzeniu astmy. Naprawdę takie beznadziejne te wyniki?"

Po tej tyradzie zza drzwi wysunęła się sztafeta stażystek i stażystów, najwidoczniej spuszczona ze smyczy pod nieobecność stałej reprezentacji kliniki i ewidentnie nudząca się, skoro zaczęła grzebać w kartach pacjentów, lekko poczerwieniała i zawstydzona.

Pomruczeli pod nosami, ".. a Pani tu, myśleliśmy, spała.." ("Nie śpię, umieram po glukagonie ;)" "Oj!"), pokiwali głowami, uciekli. Po minucie zza drzwi wychyliła się głowa (ani chybi wypchniętej "na przymusowego ochotnika") blond stażystki i usłyszałam nieśmiałe:
"Aaa.. a czy moglibyśmy zadać Pani jeszcze jedno pytanie?"
No dawajcie, dawajcie...
"A Pani te wszystkie leki sama bierze..???"
Sama biorę. Przyzwyczaiłam się.
Pani dostała oczu jak spodki, powróciła na łono grupy, poszemrali jeszcze, strumyczki, chwilę i pomknęli schować się w dyżurce. Do końca pobytu schodzili mi z drogi w klinice i buraczeli, kiedy przechodziłam obok. Biedactwa.. :D

Ale najlepszy numer to nam wyszedł na wyjście...
Otóż, w dniu wypisu rano dostałam wiadomość, że jeszcze jedna konsultacja po obchodzie i mogę iść. Przebrałam się więc w swoje ulubione czarne spodenki i założyłam pasującą, nieprawdaż, podkoszulkę z mordą House'a na przedzie oraz wiadomym napisem w temacie, takim wewnętrznym żartem dotyczącym serialu, konkretnie choroby, której House jakoś nie może u pacjenta trafić... Napis ten strategicznie chowa mi się pod linią biustu, jak siadam, co jest istotnym szczegółem historii... ;)
I poszłam na konsultację w takim zestawie.

Siedzimy w zabiegowym, rozmawiamy sobie o tym, o tamtym, o wynikach, o krwi. Pan Dochtór się troszkę zamartwia, że diagnozy nie ma, że stan marny, ale mówi: "Wszystkie wyniki będą za tydzień. Zrobimy jeszcze jedno pobranie, na badania krwi. Zrobimy test ANA, Leiden, (kilka innych nazw testów), takie badania na toczeń. Ja nie mówię, że Pani ten toczeń ma, nie ma Pani wszystkich objawów tocznia, ale..." A ja już jestem czerwona i łzy mi lecą, tak się usiłuję nie rozryczeć ze śmiechu. Krztuszę się, Pan Dochtór jeszcze ze dwa zdania kontynuuje i patrzy się na mnie jak na kretynkę... No mówi babie o poważnej chorobie autoimmunologiczej, a ta mu się chichra!!! W końcu złapałam oddech, wstaję i rozprostowuję ową feralną koszulkę.. na której Pan Dochtór, edukowany w UK, widzi napis - "It's not lupus".. XD

Piętnaście minut nam zajęło doprowadzenie się do stanu, w którym ja dałabym radę normalnie oddychać do osłuchania, a Pan Dochtór nie chichotać jak pensjonarka. Mało się nie wykopyrtnął razem z fotelem biedny, tak się śmiał... :D

Wniosłam chaos i radość w nudne życie szpitala. Kitnah cute, he na? ;)
poniedziałek, 14 września 2009
Epopeja szpitalna part 1.
I kto by pomyślał..?
Przez izbę przyjęć przeszłam właściwie bezkolizyjnie, jeśli nie liczyć jednej zafasolkowanej (uważającej, że skoro siada z fasolką na krzesełku obok mnie, ja najwyraźniej przestaję istnieć, za to ona dostaje krzesło +2) i jednej rejestratorki niepotrafiącej zauważyć daty wystawienia dokumentów ubezpieczenia.

Potem było przez chwilę normalnie - Płomiennoruda Salowa przegoniła nas z wycieczką po oddziale, wytłumaczyła gdzie i co, a następnie kazała czekać. Czas na czekanie pozwolił się zakomitywić z nową pacjentką Spod Okna i dwoma pacjentkami Wychodzącymi, które jeszcze nie zdążyły zwolnić nam łóżek.

A potem przyszedł Pan Dochtór.

Powiem szczerze - ja się trochę bałam. Na tym zaostrzeniu i z amoksycyliną bałam się mu spojrzeć w oczy i przyznać, że nie dość, że antybiotyk, to jeszcze heparyna. Na szczęście Pan Dochtór jest boski. Obadał, omiąchał mi tarczycę, przegrzebał kosmetyczkę i pospisywał wszystkie leki, zmienił dawkowanie rzeczonego antybiotyku ("Trzy razy, droga Pani! Trzy, nie dwa! Pani ma mi się tutaj leczyć!"), poszedł nakapować na mnie do Pielęgniarek (dziwnie się na mnie patrzą i ciągle pytają czy wszystko w porządku... O_o) i pogonił na badania.

Z marszu dostałam EKG (nikt mi nie powiedział, co z nim, jutro na obchodzie oczekuję odpowiedzi!) i wenflon. Tutaj muszę pochwalić pielęgniarki i prawdopodobnie ww. heparynę. Nigdy nie miałam tak bezproblemowo założonego wenflonu i tak łatwo pobranej krwi. Pielęgniarki ICZMP - oklasky. Nie bardzo wiem, na co ta krew, ale podejrzewam, że na takie wstępne OB. Jutro z rana lecę bez leków, bo będą mnie katować glukozą - przez dwe godziny! Czyli będę miała OGTT.
A o 10 dostaję pierwszą dawkę deksametazonu i lecimy z testami kortyzolu, czyli Cushing Reaktywacja. Zobaczymy, jak teraz wyjdę.

Chwilowo tak wygląda grafik badań.

Z ciekawostek - Pielęgniarka Sympatyczna automatycznie uznała SBMęża za Brata. Zastanawiam się, czy ją wyprowadzić z błędu...
I jeszcze jedna rzecz - dosyć wyraźnie było powiedziane, że mam młodszego Brata.

Zła wiadomość - wyglądam starzej od SBMęża.
Dobra wiadomość - SBMąż wygląda na gówniarza, bo pielęgniarki wiedzą, ile mam lat.. XD
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Uprzejmie informuję, że...
... na poprawę nastroju przedwcześnie postarzałej psychicznie i (nieco) fizycznie pani nie ma to, jak podchmielona, blondwłosa, cherubinkowato-cobainowa młodzież płci męskiej. W rubaszce.

Młodzież objawiła się w sobotni wieczór w moim ulubionym pubie, gdzie rozprawialiśmy o sprawach życia, śmierci i świeżoobejrzanego Rab ne bana di jodi z Bratem i SBMężem. Młodzież z kolegami wyczyniała obsceniczne tańce tuż za maszynką rozrywkową ogólnie znaną jako piłkarzyki, głównie tańcząc w trójce męskiej pod kolejne metalowe i rockowe numery, jak również posyłała mi powłóczyste spojrzenia. Pierwszy kontakt nastąpił, kiedy niepomna doświadczeń poszłam do toalety. Akurat w rozpuszczonych włosach, akurat kiedy głośniki i młodzież z kolegami charczeli "Noś, noś, noś długie włosy jak myyyyy..!" Powinnam była pamiętać, co robią z niektórymi ludźmi włosy do pasa...

Oczywiście, zostałam stargana. Oprócz tego zostałam zaproszona do tańca. Przy następne okazji (najpierw udało mi się uciec) porwał mnie kolega młodzieży w rubaszce. Po chwili dorwała się już młodzież, bezceremonialnie domagając się tańca na zasadzie "ja byłem pierwszy". Potańczyliśmy, młodzież wpadła w głęboki zachwyt nad moim tłumaczeniem obrotów na "razem" i podstawowego kroku do quick-tepa, wyrażając go głównie kompletnym ignorowaniem pełnych znaczenia machnięć kolegów.

Skończyło się na tym, że ja tłumaczyłam młodzieży, iż nie powinien opuszczać kolegów pragnących kontynuować zwiedzanie lokalnych pubów, a młodzież wypisała mi swoje imię, nazwisko i numer telefonu tłumacząc, że pragnie smsa, najlepiej z numerem gg, datą kolejnego spotkania i obietnicą dalszych tańców. Przy okazji dowiedziałam się, skąd młodzież pochodzi, gdzie studiuje, skąd wziął rubaszkę i że chciałby mieć takie włosy jak ja. Następnie młodzież z kolegami się zwinęła, entuzjastycznie machając łapami aż zza drzwi, wykrzykując przypomnienia o smsie.

Wieczór skończył się testowaniem obecnych w barze whisky (testowaniem, czyli każdy miał inną i łowiliśmy aromaty) i małym gyrosem po drodze do domu (ja jechałam rowerem, Brat truchtał obok).

I tak się teraz zastanawiam - wysłać tego smsa, czy nie? Może niech chłopiec żyje do końca życia z zamglonym wspomnieniem? A z drugiej strony - a jak wróci i będzie demonstrował focha, że nie napisałam?

Hem, hem.


PS: SBMąż dorobił się bloga. Serdecznie polecam ;)
niedziela, 16 sierpnia 2009
Przychodzi Baba z Kotem do lekarza...
A Kot z uszkodzoną rogówką.

Niom, Dzidzia tak celnie przywaliła Gomorowi w twarz, że uszkodziła mu oko. Gomor obecnie jest zakraplany gentamycyną, diklofenakiem i takim żelem na regenerację rogówki. Powoli otwiera oko.

Uzyskanie recept wymagało niedzielnej jazdy do weterynarza (Sowa na Pietrusińskiego, rewelacyjna przychodnia!) i ufutrzenia Gomorem całej okolicy do stanu kichania, z biednym Panem Doktorem włącznie. Gomor był tak zawzięty w przeciwstawianiu się badaniu, że Pan Doktor aż zaczął go na głos błagać, żeby się nie ruszał i że on go znieczuli jeszcze bardziej, ale niech on mu da zajrzeć w to oko! :D Kłaki leciały, Gomor imponował uzębieniem i wydawał z siebie rozpaczliwe "moouuuu!", robił korkociągi i beczki oraz inne akrobacje mimo trzech par rąk usiłujących go na przemian - utrzymać na stole, utrzymać w jednej pozycji, rozewrzeć powieki i tak abarot.

W końcu, kiedy już w zasadzie było po wszystkiemu i mieliśmy diagnozę, a Kot został przetransferowany w ramiona Brata, żebym ja mogła spokojnie pozapamiętywać dawkowanie leków, Pan Doktor miał okazję zdębieć.

Kot, podniesion ze stołu do badań,
zrelaksował się i zaczął rozglądać, obojgiem oczu szeroko rozwartych. I Pan Doktor zdębiał, a potem... Jak nie wystrzelił sprzed komputera, jak nie złapał za dynks do badania oka! Mało mnie nie stratował. Gomor zafascynowany opakowaniami jedzenia i półkami tych takich małych buteleczek, które można by w zasadzie postrącać, przestał zwracać uwagę na cokolwiek innego i dał sobie spokojnie, bez akrobacji i sensacji obejrzeć oko. Dokładnie i z każdej strony.
Pan Doktor odetchnął.

Ja odetchnęłam i Gomor też odetchnął. Ale dopiero wtedy, kiedy usiadł w samochodzie.

Teraz mamy akrobacje z codziennym, czterokrotnym zakraplaniem leków ;)
niedziela, 26 lipca 2009
Jebudu!
- O, fantastycznie! Na szczęście..! ^_^
- Jasne, kwa... Od razu mam sobie ochotę jebutnąć drugim talerzem o podłogę...
- Cóż, gdyby nie było tak późno, to byśmy sobie teraz walnęły po drugim ;)
- ... oj, Gomuś był pod stołem... Przestraszyłeś się? Moje biedactwo, moje maleństwo...
- Gomuś jak Gomuś, ale ta sąsiadka z dołu - zawał. :D
- Sąsiadka jak sąsiadka, może mi naskoczyć...
- Coś ty! No trochę współczucia, to też człowiek.. ;P
- A tam, człowiek... z człowiekiem... iiii tam, nigdy nie wiadomo. Obcy człowiek jest zawsze niżej w hierarchii niż własny Kot.
- Hmpf. No może masz rację.
- Ja ci powiem więcej! Obcy człowiek jest zawsze niżej w hierarchii niż obcy Kot. Kot, to zawsze Kot, nie?


piątek, 24 lipca 2009
Wykrakałam, normalnie...
Normalnie, wykrakałam... Jak nic.

Żesz w dupę, że nic się nie może ułożyć!!!
Tak, tak, panowie od podłogi się opierdalają, ludzie w pracy się opierdalają (ja za to w łeb od koordynatora dostaję), a ja we wrześniu idę do szpitala z czwartą w życiu możliwością raka. Bardzo, kwa, śmieszne.

Nowe leki mam. Podobno mam po nich schudnąć, uzyskać pozytywne nastawienie do życia i podwyższone IQ oraz zdolności intelektualne w ogóle. Bo do tej pory, z okazji świeżo zdiagnozowanej choroby, podobno miałam zaniżone obydwa. Nieoceniony_Tomasz twierdzi, że będę nieznośnym potworem. ;] Jak by nie było, jedno się leczy, od wczoraj.

Drugie dopiero będzie się okazywać, z czego jeden test na to drugie wyszedł jak najbardziej wskazująco. A powody tego drugiego to najczęściej gruczolaki albo carcinoma pełną gębą. Baaardzo, no baaaaaaardzo ciekawie sobie poczynam.

W każdym razie, it's not lupus. ;P
środa, 01 lipca 2009
Na froncie cisza i połamańce.
Gdybym miała ostatnio pisać bloga, to mogłabym go przemianować gdzieś w okolice House'a. Ostatnio nic się nie dzieje, tylko atakuje mnie pogorszenie na pogorszeniu i zaostrzeniem pogania.

Otóż, jest tak, w dużym skrócie.
Najpierw popsułam się ja. Dostałam zapalenia płuc. U okazu na lekach immunosupresyjnych i z uczuleniem na wszystko, co przypomina aspirynę i paracetamol leczenie wygląda ciekawie, szczególnie w kwestii utrzymania okazu w stanie - żyje, sam oddycha, trawi, nie wymiotuje własnymi jelitami. (przepraszam, ale tak to wygląda...) Poszło.

Potem, popsuł się Pałac (TM, nowy nickname dla domu). Popękało, było do naprawy. Zaczęło się naprawiać.

Na koniec, zniknął SBM, czyli carrel. Polazł gdzieś w cholerę i nie odzywał się przez dwa tygodnie, myślałam, że chama zabiję. Oskóruję i powieszę na najbliższej sośnie. Okazało się, że spędził dwa upojne tygodnie w klinice kardiologii. Z wrodzonym sobie wdziękiem wyszedł z mieszkania i zwalił się z pełnego ciągu schodów w stylu starej kamienicy. Bo mu serce postanowiło się na chwilę zatrzymać, więc stracił przytomność. Jak również uszkodził w tej przygodzie komórkę, więc nie miał się jak skontaktować.

No.

I tak to wygląda.
A ja się zakochałam, ponownie.
O, w takim:



Jak to ja. Zorientowałam się, że kapela, której słuchałam jeszcze na kasetach w radiu samochodowym i przeżywałam to strasznie, wydała od tego czasu dwie nowe płyty. Jakieś 9 i 5 lat temu. Niech żyje Elka - Pierwsza Sto Lat Za Popkulturą. Jeszcze chwila i nie będę wiedziała, jakie są nowe kapele na rynku.
A nie, przepraszam, ja już tak mam...

I'm getting more fosillized every day.. :]
niedziela, 15 marca 2009
Się porobiło.
Porobiło, porobiło.
Po pierwsze - był piątek trzynastego i mieszkanie zalało. Zawór się konkretnie w łazience rozwalił i cała łazienka się zrobiła podwodna. Następnie woda znalazła sobie ujście i zaczęła lać się do garażu (bo ja na szczęście mieszkam nad garażem, a nie jakimiś sąsiadami...). Administrator się ucieszył, bo "do garażu się może lać ile chce, tam jest odpływ", a ponadto nie dałam mu w ryj. Strasznie się bał, bo byłam tak wściekła, kiedy przyjechałam, że faktycznie miałam ochotę kogoś zabić... ;P Następnie przyszedł Inspektor, zbladł i zaczął kwilić. Ma mnie chyba dosyć, bo ja go strasznie po osiedlu ciągam. Przy okazji opierdzieliłam go z okazji balkonu.

I to jest właśnie po drugie.
Przez ścianę, z balkonu, do kuchni leje mi się woda. To znaczy - nie to, że ciurka, ale się przesącza. Przyszli budowlańcy, wykuli kawał balkonu, kawał ściany i się okazało. Izolację ktoś schrzanił. No i teraz zasmarowali to czymś bitumicznym, zalali jakąś prowizorką i czekamy na pogodę do wylewki. A u mnie w domu stoi wielka dmuchawa i suszy ściany, jednocześnie doprowadzając minometry do szaleństwa. Już napisałam pismo - do końca napraw i suszenia nie mam zamiaru płacić czynszu, opłaty za ogrzewanie są do zapłacenia przez dewelopera. O, tyle.

W każdym razie, w sypialni i łazience mam już spokój - kafelki i fuga zrobione, podłoga wylana. Została instalacja do łazienki i ogólne domalowanie wszystkiego tą super-duper-niemiecka-technologia-rulez lateksową farbą. I będę - nomen omen - w domu. ;)
Jutro skoczę zrobić zdjęcia kawałka mieszkania. Umywalka z hatrowanego szkła wygląda genialnie... ^_^
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10